Skip to content

Otwieramy wyścig maratonu Bałtyk-Bieszczady Tour

Ten wpis częściowo dedykuję „Rajdom Dla Frajdy”. Poza tym opiszę uczucia jakie krążyły w mojej głowie gdy uświadomiłem sobie, że otwieramy wyścig. Żeby jednak nie było tak wesoło i przewidywalnie, spotkały nas też „przykre” tego konsekwencje. Zapraszam na czwarty wpis pt. „Relacja z udziału w ultramaratonie Bałtyk-Bieszczady Tour 2018” – maratonu, który był moim celem na ten sezon.

Chłopaki, chyba zwolnimy tempa, co?

Na 130-tym kilometrze trasy dojechaliśmy naszą grupą do Punktu Kontrolnego w Drawsku Pomorskim. Złapaliśmy ciepłą herbatkę i bułeczkę, trochę podjedliśmy i znów pojawiły się dyskusję że jedzie się świetnie, ale w takim tempie to daleko nie zajedziemy i powinniśmy delikatnie zwolnić. Wydawało mi się, że wszyscy to zrozumieli, ale… Wyjechaliśmy z Drawska w kierunku Kalisza Pomorskiego, wjechaliśmy w las i znów czuję że jedziemy szybko. To są efekty jazdy w nocy i w dodatku z wiatrem. Raz, że jak jest ciemno to licznika z prędkością nie widać (chyba, że ktoś ma podświetlenie?). Dwa – zazwyczaj nocą się jedzie wolniej, więc podświadomie organizm zmuszamy do szybszej pracy aby przy okazji nie zasnąć.

Droga, na której poczułem się jak w domu…

Suniemy przez las gładkim jak stół asfaltem usłanym na drodze wojewódzkiej nr 175, na której bardzo dobrze widoczne były linie namalowane przy poboczu i w osi jezdni co dodawało mi pewności siebie i nastrajało do utrzymania tempa. Zaczęły się także delikatne zmarszczki – trochę w dół i w górę. Zakręt w lewo i w prawo. Jeden, drugi, trzeci. W pobliżu jakieś jeziorka, które łączyły rzeki… W pewnym momencie przeszła mnie myśl, że ja chyba już tędy jechałem, tylko że w przeciwną stronę! Wjeżdżając do Kalisza Pom. nie dało się nie zapomnieć charakterystycznego zjazdu, który miesiąc wcześniej podjeżdżałem jako uczestnik X rajdu w woj. zachodniopomorskim z cyklu „Grand Prix Amatorów na Szosie – Rowerem przez Polskę” – czyli Rajdy Dla Frajdy. Świadomość tego, że jako uczestnik BBT mogę przejechać przez fragment trasy który już znam, dodaje mnóstwo pozytywnych emocji, z których jedną pamiętam do teraz – euforia! 😀

Zatem jest to także wskazówka dla przyszłych debiutantów: jeśli tylko będziecie mieli możliwość, wybierzcie się na kilka fragmentów trasy którą będziecie pokonywać w ramach BBT. Pomoże Wam to na odnalezienie motywacji w chwili zwątpienia lub po prostu chociaż przez chwilę poczujecie się lepiej. 🙂

Otwieramy wyścig – smutne konsekwencje?

Dawno już nie wyprzedzaliśmy innych uczestników. Przez miejscowość Mirosławiec przemknęliśmy niepostrzeżenie po godzinie drugiej w nocy, a wg. zapisów GPS wyprzedzała nas już tylko jedna zawodniczka z numerem 206, do której mieliśmy 12 minut straty. Nie wiem co się stało Ewie, ale na kolejnym punkcie kontrolnym na 230-tym kilometrze (m. Piła) miała do nas prawie 2,5 godziny straty.

No właśnie – skoro już o miejscowości Piła jest mowa… Tak się złożyło, że do miasta ja wprowadziłem grupę. Wypatrywałem w nawigacji Punktu Kontrolnego, a gdy już go zlokalizowałem wirtualnie, szukałem w rzeczywistości. W nawigacji widzę, że PK już powinien być, a tu pusto… Wreszcie ktoś gwiżdże i krzyczy z lewej strony no i jest – jakieś 200 metrów od drogi którą się poruszaliśmy stał niebieski bus. Wypakowywali z niego właśnie jakieś graty, w tym także „windery” (takie flagi stojące). Okazało się, że dopiero co przyjechali rozstawić PK, ale nawet jeszcze nie mieli przygotowanych pieczątek. O cateringu z ciepłym jedzeniem mogliśmy tylko pomarzyć.

Na ten Punkt Kontrolny przyjechaliśmy o godz. 4:07, wg. oficjalnych informacji miał być on czynny od godziny 4:30 – to oznaczało, że wyprzedzamy harmonogram! Obsługa techniczna na tym PK była w kontakcie z organizatorem – Robertem Janikiem – który poprosił aby nam przekazać, żebyśmy tak szybko nie jechali! (żart) 😀

Catering przyjechał o 4:40, ale zanim zaczęliby coś wydawać musielibyśmy czekać jeszcze 20 minut. Postanowiliśmy jechać dalej, ale zdecydowanie musieliśmy zwolnić tempo, bo było duże ryzyko iż na kolejny PK wjedziemy przed czasem.

Zaczęło robić się mokro

Na horyzoncie widać było chmury, zwiastujące opady deszczu. W głowie kalkulowałem prognozę pogody którą oglądałem chwilę przed startem i wiedziałem, że jeśli dobrze wcelujemy to deszcz nie powinien nas zmoczyć. I tak w istocie było, chociaż koła były mokre od spłukanego chwilę wcześniej asfaltu. Na szczęście ta noc była ciepła, więc nie było szans aby jakoś szczególnie zmarznąć.

Dojechaliśmy do Nakła n. Notecią (290 km) o 6:54 (punkt był otwarty od 6:30). Zjedliśmy obiad dwudaniowy, uzupełniliśmy płyny i heja dalej – do pierwszego Dużego Punktu Kontrolnego w Solcu Kujawskim (340 km) zostało nam już tylko 50 kilometrów. Dojechaliśmy tam bardzo sprawnie o godz. 9:20.

Co dalej?

Dalsze przygody już w kolejnym wpisie. Będzie m.in. walka z bólem kolana, nowe towarzystwo i grono nowych „followersów” – dziewczyn poznanych zupełnie przypadkowo na jednej ze stacji paliw (jakkolwiek by to nie brzmiało) 🙂


Pozostałe wpisy z cyklu „Relacja z udziału w Bałtyk-Bieszczady Tour 2018”

  1. Pakowanie sakw i przepaków na BBT
  2. Krótka opowieść o BBT
  3. Ogólna relacja po BBT 2018 – przed startem
  4. Ogólna relacja po BBT 2018 – start
  5. Otwieramy wyścig maratonu Bałtyk-Bieszczady Tour (teraz czytany)
  6. Siedemset kilometrów do mety
  7. Na półmetku BBT
  8. Bałtyk-Bieszczady Tour zaczyna się od 700 km
  9. Ostatni etap ultramaratonu BBT 2018 i podsumowanie

2 komentarze

  1. Karol Koneczny Karol Koneczny

    Za dedykację serdeczne dzięki! 🙂 Tak to już jest, że jak się jeździ tyle po Polsce, to prędzej czy później trafia się na znane już szlaki! Myślę, że po kolejnym sezonie siatka dróg pokrytych przez Rajdy Dla Frajdy znacząco się powiększy! 😉

    • seba seba

      Czyli będzie kolejny sezon! Jupi! 🤗

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.